|
Strona 1 z 6 Józef Lewandowski
"..źle oprawione i gęsto powieszone rysunki biją obuchem w łeb..."
Urodziła się 1928.05.02 w Warszawie. Ojciec, inżynier-architekt, Michał Klette był synem administratora petersburskiego Kraju, pisma do rewolucji odgrywającego dużą rolę w polskiej kulturze. Matka, Joanna z domu Kossowska, była córką lekarza wojskowego w rosyjskiej służbie, generała. Rodziców Teresy rewolucja rosyjska uczyniła rozbitkami. Wrócili do Polski jako młodzi ludzie bez dachu nad głową, wykształcenia, zawodu. Ojciec w latach 30-tych został czołowym projektantem konstrukcji żelbetonowych, ale studia robił 10 lat, kilkakrotnie je przerywał aby zarobić na utrzymanie i na kontynuowanie nauki. Bywało, że nie miał ani pracy, ani środków na studia. Wpadał w depresję.
 Teresa Lewandowska Ojciec pochodził z rodziny o sympatiach lewicowych, sam jednak, jak często ci, co przeszli przez rewolucyjne piekło, był endekiem i antysemitą. W 1917 r. był oficerem w korpusie gen. Dowbór-Muśnickiego, uformowanym z rozbitków rosyjskiej armii. Korpus był znany z pogromów Żydów, ale również zbuntowanych chłopów na Białorusi i Ukrainie.
Nie wiem, czy ojciec brał w tym udział; w części rodziny o działaniach dowborczyków mówiono wyrozumiale jako o "zabawach młodych ludzi". Matka nie podzielała sympatii i antypatii męża, uczyła w szkole dla dzieci żydowskich na Stawkach (w czasie okupacji był tam Umschlagsplatz). Twierdziła, że woli dzieci żydowskie, chłonne na naukę i szanujące nauczycieli. Współpracowała też z Januszem Korczakiem. Zgody w rodzinie nie było.
W Warszawie Klettowie mieszkali na Wielkiej, w dzielnicy raczej żydowskiej. Przyjaciółmi Tereski były dzieci z kamienicy. Ojciec bał się "zażydzenia", pradziadek ze strony matki, skrzypek Kossowski, był wychrzczonym Żydem, trzymano to w tajemnicy. Rodzina przeniosła się na Mokotów, gdy Teresa miała osiem lat. Z dziećmi na Dworkowej nie znalazła wspólnego języka. Dzieciństwo bez przyjaciół.
W sierpniu 1939 r. ojciec został zmobilizowany. Kampania była krótka, Michał Klette dostał się do niewoli sowieckiej. Podwładny radził: "niech pan porucznik zdejmie gwiazdki, pan zobaczy, szeregowych puszczą, oficerów zatrzymają", ale ojciec nie chciał tak zrobić. Żołnierz wydostał się z niewoli i przekazał wiadomość o swym dowódcy. Był to ostatni ślad. Później już nie było nic (po śmierci Teresy otrzymałem stwierdzenie Ośrodka Karta, że ppor. Michał Klette figuruje pod numerem 1312 na Liście Ukraińskiej obywateli polskich zamordowanych na mocy decyzji władz sowieckich z 5 marca 1940 r.).
Teresa, wówczas 11-letnia, była z matką u krewnych koło Wilna. Przeciągnięta wzdłuż Polski granica niemiecko-sowiecka przeszkodziła w powrocie do Warszawy. Dawniej przymilna rodzina pozbyła się nędzarzy. Dwa lata poniewierki przyśpieszyły dojrzałość i wyczulenie na nędzę i upokorzenie. Do Warszawy Teresa wraz z matką wróciły w 1942 r. Nie miały kąta, ani z czego żyć. Zaopiekował się nimi, spłacając jakiś dawny dług wdzięczności, architekt Michał Kossowski i jego żona, Włoszka, ciocia Tata (Tatiana), co nie bez znaczenia: wnuczka Michaiła Bakunina.
Teresa miała już 14 lat, chciała działać, walczyć, wszyscy młodzi ludzie przecież gdzieś należeli i konspirowali. Na przeszkodzie stanęła ciocia Tata. Wymogła przysięgę, że Teresa się nie wda w tajne działania, że nie będzie nawet przynosić do domu podziemnej prasy.
Dochodzę tu do kilku kompleksów. Kochała ojca, była z nim uczuciowo związana, mocniej niż z matką, ale nie potrafiła aprobować jego ideologii. Szczególnie mocno, w konfrontacji z Zagładą, czuła winę za antysemityzm ojca. Stało się to po latach jednym z elementów, które przyczyniły się do naszej przyjaźni a później i małżeństwa.
Drugi kompleks to niespełniony obowiązek, przecież powinna walczyć z Niemcami. Nie wiedziała, że wymuszone zobowiązanie nie było wynikiem obojętności. Kossowska bała się, że dziecięca lekkomyślność, konspiracja dla konspiracji, sprowadzi nieszczęście. Mieszkanie Kossowskich było kryjówką, również dla kurierów z Anglii. Ciocia Tata chroniła też jakąś rodzinę żydowską, kolegów męża. Neapolitanka i wnuczka wielkiego anarchisty miała konspirację we krwi, traktowała ją poważnie.
Kossowscy mieszkali we własnej kamienicy koło placu Teatralnego. Z okna piątego piętra Teresa widziała zamurowaną część Warszawy, getto. Zamknięci w nim marli jak muchy, ale głód i choroby z okna były niewidoczne, więcej można było się domyśleć. Wcześniej Zagłada w okolicy podwileńskiej przeszła dla niej niepostrzeżenie, byli Żydzi, nawet zaprzyjaźnieni, ale któregoś dnia ich nie stało. Natomiast Powstanie w Getcie, kwiecień 1943 r., było widoczne.
W powojennych relacjach Teresy powtarzały się dwa elementy. Pierwszy, to w czasie Powstania w Getcie pożar Synagogi na Tłumackiem i latające strzępy palonych ksiąg, owe "latawce" Miłosza w Campo di Fiori. Drugi to zainstalowana w tym samym czasie koło płonącego getta, na placu Krasińskich karuzela i wstyd za rozbawiony polski jednak tłumek, tłoczący się, by się pokręcić. Też opisana przez Miłosza. Zaciskały się bezsilne pięści.
Jeszcze jedno natrętne wspomnienie, jeszcze przed Powstaniem w Getcie. Teresa idzie do szkoły, do "handlówki”. We wnęce domu koło placu Bankowego siedzi wynędzniała Żydówka. Wyciąga żebraczo rękę. Ludzie mijają ją obojętnie. Następnego dnia Teresa wzięła ze sobą dużą kromkę posmarowaną smalcem. Bojąc się, że zauważy ją Niemiec lub szmalcownik, niby upuściła chleb koło nóg Żydówki. Kilka godzin później, wracając, widzi, że kromka leży, a Żydówka siedzi nadal z błagalnie wyciągniętą ręką, tak jak siedziała rano, jak siedziała wczoraj. Nie żyła. Chleb został rzucony umarłej. Jak w literaturze...
Początkowo Teresa z matką żyły na łasce Kossowskich, ale im się też nie przelewało. Trzeba było znaleźć źródła utrzymania. Matka uczyła w szkole na Targówku, ale zarobek nie starczał nawet na głodową egzystencję. Teresa wymyśliła broszki ze skrawków, kwiatopodobne kolorowe cacka. Pierwszą zrobiła na imieniny cioci Taty. Gdy się udała, następne były na sprzedaż. Chwyciło. Produkcja broszek stała się zajęciem kilku osób i niezłym źródłem utrzymania. Broszki ujawniły wrażliwość plastyczną i wytyczyły drogę zawodową.
Sierpień 1944 r., Powstanie Warszawskie, tym razem polskie. Okolice placu Teatralnego stały się terenem zaciętych walk, przypomnę opisy związane z poległym tu Krzysztofem Kamilem Baczyńskim. Teresa przyjaźni się ze studentką medycyny, Karłowiczówną. Ta, po paraliżu dziecięcym ma bezwładne nogi, co jednak nie przeszkadza jej przystąpić do powstania jako lekarz-chirurg. Z Teresą jako asystentką operuje i amputuje. Mają nóż kuchenny, nożyczki, trochę środków opatrunkowych i żadnych środków znieczulających.
(Kilka słów o Karłowiczównej. Skończyła medycynę. Stosunki z Teresą urwały się w naturalny sposób, wznowiły się przed emigracją (X 1969), gdy jej rodzice zaprosili nas by się pożegnać. Karłowiczówną właśnie wydalono z pracy jako żydówkę i syjonistkę. Mówiła nam: "mogłabym się łatwo obronić. Ale tego nie zrobiłam. Przyjęłam jako karę za grzechy”. Nic nie rozumiałem, ale i o nic nie pytałem. Teresa wytłumaczyła mi później, że dziewczyna, pod czyimś tam wpływem, wbrew pepesowskim rodzicom, w czasie okupacji wstąpiła do NSZ, antysemickiej formacji prawicy. Teraz represje wobec niej, rzekomej żydówki, przyjęła jako wyrównanie. Dodajmy jednak, że taka postawa nie była zjawiskiem powszechnym. Byłoby to zbyt piękne, by mogło być prawdziwe).
Pod koniec powstania w schron trafił pocisk wielkiego kalibru. Teresę rzuciło w powietrze, głową przebiła szklaną ścianę. Szczęśliwa że żyje, nie odczuwała bólu, ale zdaniem lekarzy doznany wstrząs mózgu mógł być przyczyną późniejszych chorób i wczesnej śmierci.
Po powstaniu wywieziona została z matką do Niemiec, koło Frankfurtu nad Odrą. Gdy można było, wróciły do Polski. Nie miały do czego, dom na Darniłowiczowskiej spłonął, Kossowscy w drodze do obozu stracili życie. Cały majątek, jej i matki, to odzież, w której wyszły z Powstania. Byłoby mądrzej -mówiła po latach - przedostać się na Zachód, ale Teresę nie opuszczała nadzieja, że cudem odnajdzie się ojciec. Znalazły kąt w Krakowie. Cud nie nastąpił, ojciec się nie odnalazł.
|