Gościmy
Odwiedza nas 29 gości
|
Strona główna Archiwum Teresa Lewandowska (01.2007) |
|
Teresa Lewandowska (01.2007) |
|
|
|
|
Wpisał: Łucja Pawlicka Nowak
|
|
Strona 4 z 6
Początkowo powstawały niewielkie obrazy z dominacją rysunku, próby wskrzeszenia tego co artystka widziała i jak odbierała, penetracja pamięci i podświadomości. Pisałem jak Teresa zobaczyła w bramie domu Żydówkę, umierającą z głodu, z wyczerpania, z przeżyć. Widać mocno utrwaliła się w źrenicach, skoro stała się inspiracją. Powstały trzy studia, dwa z nich weszły później do teki Abel min broder (nr 15 i 16 w tece).
Przyznam, że gdy zobaczyłem te rysunki, byłem - piszę bez przesady – wstrząśnięty. Zarówno tym, co ta dziewczyna przeżyła, jak i siłą wyrazu, nie pozwalającego widzowi na obojętność. Twórczość zbliżyła się do celu stawianemu przez twórcę.
Wstrząśnięty jej malarstwem był też szwedzki historyk literatury Bernhard Tarschys. Napisał o tej sztuce jako wyzwoleniu z przeżyć. Bo to malowanie było uwolnieniem i oczyszczeniem. W jakimś stopniu miał rację. Nie zdawał sobie sprawy, ja też nie rozumiałem, jakim kosztem sztuka ta powstaje, ile wysiłku wymaga ewokowanie z siebie pogrzebanych przeżyć, ile się płaci za dotarcie do najboleśniejszych pokładów pamięci. Ludzie jej pokolenia, Żydzi, Polacy, Rosjanie, żyją i funkcjonują w głównej mierze dzięki instynktowi, pozwalającemu nie pamiętać najgorszego. Teresa była tego daru pozbawiona.
Pastorzy w Lundsbrunnie byli świadomi, że w wieku ponadśrednim, z zawodami prawdę mówiąc niepotrzebnymi, będziemy mieli kłopoty w znalezieniu utrzymania. Mieliśmy i szczególne trudności. Szwecja, zawsze lewicowa, nie ochłonęła po ruchach 1968, a my wszystkim mówiliśmy o podłości i zgniliźnie systemu sowieckiego. Naiwni, uważaliśmy to za obowiązek i uzasadnienie uchodźstwa. Budowaliśmy mur między nami a lwią częścią świata intelektualnego i uniwersyteckiego. O świecie artystycznym lepiej nie wspominać.
Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że postępujemy wbrew swoim interesom, zresztą, nie potrafiliśmy inaczej, ale pastorzy wiedzieli lepiej Dlatego starali się nam pomóc i w tym celu kontaktowali z prominentnymi gośćmi kurortu. Nie skorzystaliśmy z nawiązanych wtedy znajomości, nie pielęgnowaliśmy ich, odrażała wizja przekształcenia się w natrętnych petentów, atrybut życia uchodźców i artystów. Z jednym wyjątkiem. Długa dysputa na temat Sowietów, PRL-u, kryzysu ideologii komunistycznej i deklinacji systemu sowieckiego z rektorem Wyższej Szkoły Teologicznej w Lidingö, Olle Engströmem przekształciła się w przyjaźń. Nawet więcej, w przyjaźń z czołówką partii liberalnej, pastorami Olle Dalénem, Per-Olofem Hansonem, Jan-Erikiem Wikströmem. Zawsze czuliśmy ich dyskretną opiekę, gdy piętrzyły się przed nami trudności. I nie chcieli nas nawracać. Ta przyjaźń miała jednak i ciemną stronę, jako że też przyczyniała się do muru między nami a salonem kulturalnym, dla którego światli pastorzy w jakimś stopniu byli "ciemnogrodem". Akceptowaliśmy i to.
Gdy już zainstalowaliśmy się na obrzeżach Stockhomu, Engström zaproponował Teresie wystawę w jego uczelni, w grudniu 1970 r. Była sukcesem pod wieloma względami, również dlatego, że przy okazji poznaliśmy kilku wnikliwych odbiorców sztuki. Tylko niektóre wtedy wystawione prace weszły w późniejsze zestawy. Teresa nadal przymierzała się do problemów ale już widać było kierunek zainteresowań i poszukiwań.
W 1973 r. prace Teresy były tak zaawansowane, że można było myśleć o ich prezentacji. Eksponowania podjęła się grupa działaczy Amnesty. Wykładowcy uniwersyteccy Olof Kleberg i Terry Carlbom, lekarz Esbjörn Backström i jego żona Kai Nolgård utożsamiali się z dziełem Teresy. Wystawa Abel, min broder (Mój brat Abel) odbyła się w Uppsali.
Z wystawą połączone było wydanie wyboru prac. Druk przy ówczesnej technice nie był łatwy. Poligrafowie Almqvist & Wiksell podjęli próby kosztowniejsze niż oferta. Z tego czasu utrwaliło się w pamięci zaangażowanie się drukarzy. W końcowej fazie zrobili test - ¬położyli obok siebie oryginały i wydruki, prosząc o odróżnienie. Teka "Abel, min broder" zawiera 24 prace wystawione w Uppsali. Wstęp do teki napisał Bernhard Tarschys:
Rzeczywistość na styku życia i śmierci, którą Teresa Lewandowska we wczesnej młodości zmuszona była doświadczyć, utrwaliła się jako niezagojona, sącząca rana. [...] Wrażliwość i współprzeżycie agonii, gdy świat [żydowski] został zgaszony i zmieciony, nie uspokoiły się, przerażenie nie wygasło. Bolesne przeżycia zaowocowały wielką sztuką, w równej mierze świadectwem jak i wyzwoleniem. Powściągliwe a porażające obrazy są epitafium dla zamordowanych, jak i przestrogą dla żyjących. I są wielką sztuką.
Podobne były reakcje w szwedzkiej prasie. 10 grudnia 1973 r., w dniu praw człowieka, szwedzka telewizja nadała długą audycję poświęconą Teresie i jej twórczości.
Zaskoczeniem była recenzja Józefa Czapskiego w Kulturze (kwiecień 1974) i to nie tylko ze względu na wyrażoną opinię. Recenzja miała bowiem prehistorię, godzi się ją odnotować, również dla biografii Czapskiego. Dwa lata wcześniej w 1972 r. byliśmy przez miesiąc gośćmi Jerzego Giedroycia w Maisons Laffitte. Teresa miała ze sobą kilka obrazów. Pokazała je Zygmuntowi Hertzowi, ten skontaktował ją z Czapskim. Reakcja była do przewidzenia, Czapski był przeciwnikiem sztuki angażującej się w cokolwiek poza materią malarską. Stanowisko Czapskiego Teresa przeżyła mocno, zrozumiała, że jest skazana na samotność, poza szkołami, modą i kręgami towarzyskimi. Nie doceniła Czapskiego jako człowieka. Gdy ponownie zobaczył w redakcji Kultury prace Teresy, już jako tekę, zapomniał wcześniejszego zdania i w ogóle że je widział, ugiął się przed tym, co zobaczył. [Wydawca wyboru prac Czapskiego Oko, z niejasnych przyczyn pominął ten tekst zubożając Czapskiego jako artystę i człowieka].
Czapski pisze, jak idąc rue de la Seine, ulicą galerii, ze znudzeniem oglądał witryny:
"Nagle prawie fizycznie poczułem się patrząc na te obrazy - a były tam także obrazy dobre - jak w lodowatej pustyni”. Sztuka abstrakcyjna spełniła się i doszła do jakiegoś kresu, właściwie do ślepego zaułka, z którego nie ma wyjścia. Dotknęło to i Czapskiego, który widać przeżywał kryzys jako twórca i jako teoretyk sztuki:
Cóż dały memu malarstwu lata wojny i Rosji: nic; kiedy przeżycia stamtąd mnie dusiły, napisałem Nieludzką ziemię, nic nie namalowałem. [...] Ten album czarno-biały Teresy Lewandowskiej otworzyłem prawie niechcący - biorąc go z biblioteki Kultury. Dał mi chyba pierwszy raz przeżycie tak jednoznaczne świadectwa a zarazem niczym nieskażonego dzieła sztuki. Wszystko, czy prawie wszystko, co widziałem w sztukach plastycznych na temat losu Żydów, tragedii getta dawało mi prawie uczucia świętokradcze, do tego stopnia próby przekazu wyrażonego sztuką były niewspółmierne z faktami [...]. Plansze Teresy Lewandowskiej bez stylizacji przekazują oszczędnymi środkami grozę istnienia. ”Krwawe plamy ma śniegu" dwie postacie zaledwie kreską oznaczone na tle śnieżnej przestrzeni z grupą w tle domów w ogniu i czarnym dymie. [...] Stary człowiek prowadzący dzieci na śmierć i nad ich głowami w zmroku cztery twarze w czapkach SS¬mannów - "Janusz Korczak ostatnia droga". [...] Znów scena wyrażona wyłącznie paru nieśmiałymi kreskami i grą paru walorów. Cóż mogą wyrazić te słowa bezsilne. Te obrazy zamykają mi usta, tracę wszelką potrzebę formalnej oceny dyskusji - przekaz przeżycia tak silny, wydobyty środkami tak oszczędnymi, prawda tej sztuki mówi sama za siebie.
|
|
|
|