| English version English | Zobacz panoramy: Panorama Dworku    Panorama Koscioła |
Szukaj
Muzeum Okręgowe w Koninie
 
 

Gościmy

Odwiedza nas 1 gość

Zamów biuletyn






Strona główna arrow Archiwum arrow Teresa Lewandowska
Teresa Lewandowska PDF Drukuj Email
Spis treści
Teresa Lewandowska
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6

Teresa i ja hołdowaliśmy "rewizjonistycznej" taktyce rozluźniania systemu. Zakładaliśmy, że można coś pożytecznego czynić tkwiąc w systemie, rozkładając go cząstka za cząstką i że czas gra na korzyść postępu i demokracji. W 1968 r. ta filozofia doznała klęski. Realny socjalizm wracał do źródeł, do opresji jako podstawy systemu.
W 1968 r. władze PRL okazały niesłychaną w realnym socjalizmie wspaniałomyślność, przyzwoliły "syjonistom" na emigrację. Teresy i moja reakcja były jednoznaczne. Tak jak wymagano, Teresa zadeklarowała narodowość żydowską a jako cel podróży wymieniła Izrael. Wyjeżdżaliśmy bez tęsknot, mieliśmy PRL-u po uszy. Dostaliśmy dokumenty, że nie jesteśmy obywatelami Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Niektórzy przeżywali metafizyczne męki z tej racji. Teresa cieszyła się, że opadły ją pęta.
Tak więc 22 października 1969 r. znaleźliśmy się w Stockholmie. Bez pieniędzy, mieszkania, języka, bez znajomości. Zaczynaliśmy życie od nowa. Czyniliśmy to nie po raz pierwszy, tym razem jednak w wieku, gdy prowadzi się życie ustabilizowane. Tyle tylko, że Europa wschodnia była daleka od normalności.
W Szwecji umieszczono nas w obozie dla uchodźców w Lundsbrunn, na głębokiej prowincji. Dostaliśmy pokoik z wygodami, cieszyliśmy się swobodą i szwedzką przyrodą. Nawiązaliśmy znajomości z dziennikarzem powiatowej gazety, z miejscowymi artystami, mieszkało ich tam kilku. K.A. Jeleński zapośredniczył w kontakcie z Jerzym Giedroyciem. Zacząłem regularnie pisać do Kultury, Teresa zaczęła malować. Gwasze, akwarele, rysunki, transformowane pejzaże, ale i nieco impresji z obu powstań warszawskich.
Lundsbrunn jest uzdrowiskiem prowadzonym przez Svenska Missionförbundet, odłam luteranizmu. Dyrektorami uzdrowiska byli pastorzy John Malm i John Steiner. W wolnych chwilach przychodzili do nas, to dla spraw administracyjnych, tych nie brakowało, to asystując Teresie w pracy, a często po prostu by porozmawiać przy kawie. Okazali dużą wrażliwość na jej twórczość, nie oczekiwaliśmy tego.
(Dziesięć lat później spotkałem wdowę Malma. Po naszym wyjeździe z Lundsbrunnu Malm zaczął malować. Zostawił dziesiątek płócien na poziomie dobrych postimpresjo¬nistów. Teresa pomogła mu wydobyć z siebie ukryty talent. Malował do ostatnich dni, malowanie dawało mu ukojenie w rozciągniętym na długie miesiące konaniu. Subtelne obrazy, z politeistycznym zachwytem naturą i świadomością przemijania).
Steiner zaproponował Teresie wystawę. Na wernisaż w domu zdrojowym w lutym 1970 r. przyszło czterdziestu uchodźców z Polski, okoliczni mieszkańcy, trochę bohemy. Gdy obrazy były powieszone, otwierający wystawę Steiner przeszedł się wzdłuż ścian, by zorientować się, co obrazy przedstawiają i jaką noszą ideę.
Zobaczywszy obrazy poświęcone Zagładzie, poprosił o chwilę zwłoki. Poszedł na zaplecze, nie powiedział po co i dlaczego. Zebrani czekali. Wrócił z kandelabrami. Postawił je przed obrazami, zapalił świece. Zebrani popłakali się. Od lat oczekiwali takiego gestu od katolickich, polskich kapłanów i nie doczekali się. Popłakała się i Teresa. Była to jej pierwsza wystawa. Była po czterdziestce, inni mieli w tym wieku znaczący dorobek.
Wystawa była ciepło przyjęta, a kilka tysięcy koron dużym wsparciem. Miejscowe i odlegle pisma zamieściły aprobujące recenzje. Postanowiliśmy, iż Teresa poświęci się malarstwu, a na przeżycie wystarczą moje oczekiwane zarobki.
Dostałem pracę w Stockholmie, zamieszkaliśmy na dalekim przedmieściu. Teresa zaczęła intensywną pracę. Miała trzy projekty. Pierwszy - zrobić serię o losie żydowskim, o Zagładzie i o Powstaniu w Getcie. Drugi - wyrazić przeżycia i doznania w okupowanej Warszawie, z Powstaniem Warszawskim włącznie. Trzeci zamierzała poświęcić tragedii ojca i w ogóle tysięcy Polaków zamordowanych w ZSSR.
Zaczęła od Zagłady, bo przeżyła "kampanię marcową", a chyba i zachęcona przyjęciem pierwszych prac. I nadal problem, przewijający się przez cały ten tekst, czy jest to w ogóle możliwe, pędzlem i piórkiem, gwaszem, tuszem i monotypią, wyrazić ból i tragedię, głód i umieranie? Można zanotować fakt, ale jak wyrazić przeżycie i to tak by wzruszyć również i oglądających? Gombrowicz pisał, że to niemożliwe. Ale co robić, jeśli rzeczywistość widzi się w obrazach? Zadanie jak buddyjski koan: nie ma recepty, należy dążyć stale i wciąż, popełniać błędy, padać i na nowo się podnosić, a w rezultacie suma wysiłku da zamierzone rezultaty. Albo nie da.
Znowu dygresja. Nasza emigracja, Teresy i moja, była pod wieloma względami luksusowa. Oszczędzone nam zostały atrybuty poprzednich fal emigracji politycznej, niedostatek, nędza, wyniszczająca walka o przetrwanie, praca daleka od zawodu i aspiracji. Nie opływaliśmy w dostatki, ale mieliśmy dach nad głową i skromne warunki materialne. Mimo to emigracja oznaczała zerwanie więzi przyjacielskich, pozbawienie środowiska z którym byliśmy zrośnięci, osamotnienie w nowym środowisku, nawet jeśli było życzliwe. Emigracja jednak i owe nieznośne osamotnienie, zawieszenie w próżni miało zalety trudne do oszacowania: wyzwalała z zależności od mody intelektualnej i artystycznej, od koterii, od tego co powiedzą przyjaciele oraz bliżsi i dalsi znajomi. Pragnącemu -dawała możliwość zanurzenia się w sobie i dotarcia do własnych, autentycznych przeżyć. Pod warunkiem, że się tego pragnęło.
Technikę Teresa miała przemyślaną, jeszcze w Warszawie. Farba spływająca ze szklanej płyty, odbita na białej płaszczyźnie daje wrażenie destrukcji. Zarysy i plamy są zwężane, rozszerzane, pogłębiane, uzupełniane piórkiem, pędzlem, lawowaniem. Nabierają wyrazu i stają się czytelne, zgodnie z definicją sztuki jako zatrzymanego we właściwej chwili lotnego wrażenia.
Po śmierci Teresy znalazłem nie wiem kiedy skreślone notatki, w których utrwalała doświadczenie jak i przestrogi przed pokusami estetycznymi. Dają one pewien wgląd w proces tworzenia, jak i narzuconą sobie dyscyplinę:
Nie malować dłużej jednego obrazu jak 15 minut. Robić przerwy. Nie malować oddzielnie przedmiotu, kolor różnicuje się w zetknięciu ze światłem [...]. Granica przedmiotu w sensie rysunku jest złudna. Malować masę, a kolor ważyć [...]. Zakładać obraz w zimnych jako zestaw b. ogólny. Komponować kolorem, później budować ciepłym [...]. Przy każdym położeniu koloru zastanawiać się, w jakim stosunku pozostaje do reszty, "czy nawiązuje się dialog". Jeśli kolor nie nawiązuje dialogu, trzeba go zmienić [...]. Obrazu nie wolno kończyć. Jest to zabieg niszczący i fałszywy ("człowiek skończony"). Uczytelnienie i uładzenie niszczy wszystko. Obraz można malować, albo przestać malować. Czasem ma się szczęście wiedzieć kiedy skończyć. Później w ciągu tygodni można skorygować jakieś drobiazgi.
Malarstwo to porównywanie, ważenie, impuls. Impulsowi trzeba się poddać, a nawet czasem starać się go pobudzić. Wówczas przekracza się barierę. Nigdy świadomie, bo zdobyte doświadczenie jest tylko w 50% zrutynizowane. Zawsze przestarzałe. [...] Pracuje się pod wpływem wielu impulsów. Dwa najważniejsze: 1 - tworzy się to, co się czuje, 2 - tworzy się tak, jak w naszym przekonaniu powinno wyglądać. Starać się rewidować i wzbogacać to drugie, [...] ćwiczyć wyobraźnię, aby przybliżyć "to co się czuje" do tego "jak powinno wyglądać".


 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
 
 
© 2009 Muzeum Okręgowe w Koninie