| English version English | Zobacz panoramy: Panorama Dworku    Panorama Koscioła |
Szukaj
Muzeum Okręgowe w Koninie
 
 

Gościmy

Zamów biuletyn






Strona główna arrow Archiwum arrow Teresa Lewandowska
Teresa Lewandowska PDF Drukuj Email
Spis treści
Teresa Lewandowska
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Teresa nadal robiła broszki, z tego się utrzymywała, ale zdołała ukończyć liceum plastyczne i Akademię Sztuk Pięknych. Na studia uczęszczała nieregularnie, jak dużo ludzi po wojnie. Wybaczano jej absencję, bo robiła dobre prace. Wyszła za mąż za kuzyna, Jana Wyszkowskiego. Małżeństwo było nieudane, szybko się rozpadło.
Możliwości pracy w Krakowie bez powiązań były znikome. Prywatna przedsiębiorczość po kilku latach stała się niemożliwa. W 1954 r. Teresa przeniosła się do Warszawy. Mieszkała kątem, latami starała się o stołeczny meldunek i dach nad głową. Pracowała jako grafik w czasopismach. W Warszawie też nie miała "właściwych" kontaktów, ale tu było łatwiej o pracę. Była ceniona, robiła robotę, w innych pismach wykonywaną przez dwie czy trzy osoby.
Poznaliśmy się w 1960 r. w czasie urlopu w Zawoi. Ładna kobieta, dowcipna, światowa, dobrze grająca w brydża. Gdy zaczęliśmy rozmawiać mniej salonowo, ujawniło się to, co w literaturze nazywa się pęknięciem. Makietowała kolorowe tygodniki, bo trzeba było żyć i utrzymać matkę, ale czuła wstręt do produktów pracy, ulizanej propagandy. Miała silne poczucie tragizmu, dręczyło ją pragnienie wyrażenia przeżyć, dlatego wstąpiła na akademię, była przeświadczona, że stać ją, ale nie potrafiła się zabrać do tego, co odczuwała jako zadanie życia, powołanie. Miała poczucie niespełnienia.


Zachęcałem ją, by jednak zaczęła, rezultaty nie mogą się pojawić, jeśli nic się nie robi. Banał, ale widocznie potrzebowała kogoś, kto nie zmrażałby kruchej inspiracji drwiną czy obojętnością, środowisko w którym tkwiła działało paraliżująco. Artysta tworzy złudzenie, by tworzyć, musi mieć przeświadczenie, że ktoś odbiera jego dzieło jako wyraz również swego przeżycia.


Małżeństwo zawarliśmy w 1962 r., nie było dobrze widziane przez rodzinę. Zaczęła próbować sił. Olej, ołówek, piórko. Rynek w Kazimierzu, wąwozy lessowe, architektura i roślinność, zawsze zachwyt naturą i dziełem człowieka. I w każdej niemal pracy, niezależnie od obiektu, jakiś cierń, nie wiem jak nazwać, ponurości, pesymizmu, czy owego pęknięcia.
Tu odstępstwo. Jestem pozbawiony wyobraźni plastycznej, nie potrafię wyrazić się poprzez obraz. Znam jednak wielu malarzy, rozpoznaję ich sposób widzenia i technikę, nauczyłem się odbierać obraz warsztatowo. Jednak jej sposób pracy był dla mnie zaskoczeniem, jest nim do dziś. Przede wszystkim była tak skoncentrowana na tym, co robi, że nie dostrzegała przechodzących ludzi, nie słyszała ich, nie czuła czasu. Pracowała szybko. Zdarzało się, że dobry obraz robiła przez pół godziny. Zdarzało się też, że cyzelując obraz beznadziejnie psuła go.
Historyk rosyjski Aron Gurewicz pisał o szczególnej zdolności średniowiecznych Germanów myślenia obrazami, o ile rozumiem, szło mu o teksty, których myśl była wyrażana w sposób obrazowy. Ale wychodząc z tej obserwacji doszedłem kiedyś do wniosku, że niektórzy ludzie rzeczywiście potrafią wyrażać się głównie, jeśli nie wyłącznie poprzez obraz. To właśnie przypadek Teresy. Przy jej sposobie pracy, życia, odczuwania, wszelkie względy formalne, konwencje, cudze doświadczenia tracą znaczenie. Ważna jest myśl, odczucie, przeżycie, które artysta nosi w sobie i które chce, a czasem nawet musi wyrazić.


Teresa nie zastanawiała się, jaki kolor przy jakim położyć, albo jakie linie i płaszczyzny z jakimi będą się właściwie komponować. Owszem, uczyła się tego, stosowała te kryteria oglądając cudze dzieła, ale nie pamiętała o nich przystępując do pracy. Mimo to zestawienie kolorystyczne było niema! zawsze bezbłędne a płaszczyzna skomponowana całościowo. To raczej ja starałem się zrozumieć kompozycję płótna czy rysunku. I jedna cecha szczególna jej wczesnej twórczości: wszystko co robiła miało jakiś dramat i koncentrację. Nawet gdy próbowała malować "współcześnie", wychodziły rzeczy, których kontekstu uczuciowego i odniesienia do realności nie sposób było nie odczuć.
Wyników ówczesnej, z lat 60-tych, pracy nie traktowała z nadmierną powagą. Była zaskoczona, gdy krytycy mówili, że mało kto potrafi tak wrażliwie i tak prosto wyrazić pejzaż czy roślinność. Prace te jednak nie były tym, co uważała za cel życiowy. A tym celem -wiem teraz -było utrudnić ludziom to, co im tak łatwo przychodzi, zapomnienie o cierpieniach innych.


Nadszedł rok 1968. Redaktorem pisma, w którym pracowała, został intymat Moczara. Od Teresy żądano, by zrobiła afisz potępiający "syjonistów". Odmówiła. Wyrzucono ją z pracy. Dostała ją w innym piśmie, źle płatną i bez nazwiska w redakcyjnej "stopce". Nie były to najcięższe doświadczenia, inni doznali gorszych, również w kręgu przyjaciół, ale atmosfera owego roku spowodowała szok. Zaczęła tworzyć prace, które później weszły do serii Abel mój brat.
Ujawniły się kłopoty warsztatowe. To, czego uczyły akademie w Polsce (gdzie indziej też), to co wystawiano w galeriach i salonach było czasem wartościowe i odkrywcze, ale nie zbliżało do tego, co artystka nosiła w sobie. Teresa ceniła wszelką dobrą sztukę i nie przepuszczała żadnej ważnej ekspozycji. Była obiektywna w ocenach, często zaskakiwała mnie entuzjastyczną oceną malarzy od niej dalekich. Wyjaśniała mi, że "on robi to, czego ja bym nie potrafiła". Nie zmienia to faktu, że we współczesnej sztuce mało znajdowała wzorów i inspiracji. Współczesne kierunki uczyły malowania wyrafinowanego, ale oderwanego od "literatury". Jeśli wymagały zaangażowania, to w "czyste malarstwo", w przeżycie koloru, kompozycji, w co by to nie znaczyło formy. Treści "pozamalarskie" były potępione. W Polsce poza wszystkim, a może i przede wszystkim, była to reakcja na "realizm socjalistyczny", programowo fałszujący rzeczywistość. Owszem, ale kierunki będące reakcją na rzekomy realizm też odrywały się od najważniejszych przeżyć człowieka. Tak, jak uprawiano malarstwo w kraju po 1955 r. można było tworzyć piękne obrazy, ale uczuciowo neutralne, nadające się do domowego salonu, gabinetu dyrektorskiego i stomatologicznego, czy lokalu bankowego. Zresztą, z czasem również tzw. "instancje" upodobały sobie sztukę abstrakcyjną, nieprzedstawiającą, właśnie z racji jej politycznej i uczuciowej, nie kompromitującej neutralności.
W tych konwencjach nie sposób było wyrazić tragedii Zagłady i łagrów, bólu rannych, niewolniczej pracy, nie mówiąc o strachu i upokorzeniu, o odczuciu nawisającej groźby i tnącego bata. Próby wyrażenia środkami konwencjonalnymi takich odczuć kończyły się niepowodzeniem, jeśli nie kompromitacją. Pamiętam, zaprzyjaźniony malarz próbował w latach 60-tych środkami abstrakcyjnymi wyrazić szpetotę totalitaryzmu. Jego posłanie nie dało się odczytać, nie dotarło do publiczności ani do krytyków. Zdobył poklask jako prekursor, a dzieło określono jako turpizm, malarstwo szpetoty. Nie zapomnę jego zgryzu, bo nie o to mu szło. Co więc robić?
W jerozolimskim Yad Vashem i praskiej Starej Synagodze widziałem wiele rysunków i obrazków szkicowanych w gettach czy w obozie w Teresinie. Tworzący je notowali rzeczywistość jaką była, tworzyli świadectwa, próbujące zastąpić nieosiągalną wówczas fotografię, ale ustępujące technicznym środkom dokumentacji. Więc mechaniczne wskrzeszanie zauważonego też nie ma sensu artystycznego.
Co ma więc sens? Krzyk mordowanych, okazuje się, nie sposób wyrazić w konwencji naturalistycznej, impresjonistycznej, postimpresjonistycznej, kubistycznej, czy w taszyzmie czy (wówczas jeszcze nie nazwanym) postmodernizmie. Takie próby rodzą obrazy lepsze czy gorsze, czasem nawet doskonałe, ale konwencjonalne, nie pozostające w proporcji do zamierzeń twórców ani do podejmowanych zagadnień.
Gdzie szukać więc inspiracji? Znajdowała niewiele. Dlatego zachwycała się portretem fajumskim, Rembrantem, Goyą, Daumierem a wśród polskich twórców Linkem. Do tego wyliczenia jednak niewiele można dodać.
Trzeba więc zrezygnować z niemal wszystkiego, czego uczyli biegli w sztuce, nawet trzeba było wyrugować z siebie nauki, by do głosu mogły dojść prawdy, które nosiła w sobie. Dlatego Teresa nienawidziła pracy w czasopiśmie, gdzie produkt był "ładny" i "nowoczesny". Pragnęła wyrazić rzeczywistość ani ładną, ani barwną. Jej rzeczywistość była dramatyczna, bezwzględna, tragiczna. I wcale nie "nowoczesna"!
Pod jednym względem doświadczenie prasowe było cenne: przeciwdziałało narcyzmowi. Bo dziennikarz zawsze zadaje sobie pytanie, jak tekst czy obraz zostanie odebrany, czy zostanie zauważony w zalewie drukowanego papieru.
Najbliższy był nadrealizm. Teresa dążyła do wyrażenia tego, co się realnie zdarzyło, ale jednocześnie było niewyobrażalnie dalekie od ludzkiej imaginacji. Podziwiała wiec metafory i skróty najlepszych polskich twórców plakatu, było ich wtedy dużo. Jednak i nadrealistyczna konwencja przeżycia sennego nie bardzo przystawała do zjawisk wcale nie będących grą wyobraźni, ale doświadczeniem artysty. A więc rzeczywistość skrócona do znaku, ale znaku wcale nie umownego, lecz czytelnego, zrozumiałego, przejmującego. Jak tego dokonać? Tymczasem - przypominam -nadszedł rok 1968, czyli "marzec".



 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
 
 
© 2009 Muzeum Okręgowe w Koninie